poniedziałek, 24 lipca 2017

KARPACKI KUWEJT


         Przedsłowie...

       Gdyby Łukasiewicz wiedział ile problemów w przyszłości urośnie wokół destylatów ropy naftowej, to pewnie pierdzielnął by aparaturą o podłogę, splunął nonszalancko na powstały rozpiernicz i obróciwszy się na pięcie, odszedł by wolnym krokiem do barku z alkoholem, rzucając jeszcze nonszalanckie "hakuna matata" przez ramię. Cóż... Potoczyło się inaczej. Łukasiewicz spokojnie doskonalił proces destylacji i rozkręcał biznes... Ale zanim przedestylował swój zacny olej skalny, to ktoś musiał go jakoś wytargać matce ziemi. Historia wydobycia cennej kopaliny sięga dużo głębiej niż do połowy XIX wieku. Sęk w tym, że czasem ciężko mówić o wydobyciu sensu stricto, kojarzonym z wydobyciem głębinowym, bo ropa czasami wyciekała i wycieka na powierzchnie sama. Wiadomo, że wydajność naturalnych źródeł pozostawiała wiele do życzenia, a lokalni szejkowie naftowi albo nie mieli technologicznych możliwości postawienia wiertni, albo byli zbyt biednymi szejkami naftowymi by takowe postawić. Czarne złoto także dziś można spotkać wędrując po roponośnych terenach Karpat i dziś poszukamy takiego miejsca z samowypływem.   


       Śródsłowie...

      Tak jak wspomniałem wydobycie ropy na terenie Karpat to długa historia. Jej pozyskiwanie na nieprzemysłową skalę prawdopodobnie trwa odkąd pojawili się tu ludzie. O czym mogą niewątpliwie świadczyć poszlaki etymologiczne, takie jak nazwy wsi: Ropa, Ropica Górna, Ropica Dolna, Ropianka, Ropki, czy rzeka Ropa oraz potok Smolnik. Stara notka o ropie naftowej pochodzi z 1530 roku, kiedy to starosta biecki - Seweryn Bonar, zgodnie z pokręconą wiedzą geologiczną swoich czasów, wpadł na szukanie żyły złota na stokach Chełmu wznoszącego się nad Ropą. Owszem znalazł złoto, ale "czarne i płynne" które sprawiło, że współziomkowie mieli z niego kupę śmiechu gdy zalało mu kopalnię...  Później można nieco wyczytać w notkach z XVII i XVIII wieku o nadaniach Jana III Sobieskiego uprawniających do pozyskiwania oleju skalnego w rejonie Męciny Wielkiej. Jednak pierwszą dokładną data wzmiankującą o konkretnym wydobyciu to rok 1791. Wiemy, że istniały wtedy studnie do pozyskiwania ropy na Pustym Polu na grzbiecie pomiędzy Siarami a Sękową na terenie eksploatacyjnym należącym do Jana Wybranowskiego.

     Ważną kwestią jest celowość wydobywania ropy zanim zaczęto ją wlewać do baków agro-tuningowanych golfów palących gumę pod biedronką. Przede wszystkim była używana jako smar np. do osi drewnianych wozów, w młynach, wiatrakach. Była (i jest) skutecznym impregnatem drewna stosowanego w budownictwie. Szewcy stosowali ją do zmiękczania skór. Miała też ważne zastosowanie medyczne przy schorzeniach dermatologicznych. Odgazowana z lotnych frakcji ropa była mieszana z piaskiem w celu otrzymania tzw. "asfaltu żydowskiego" który był dość dobrym impregnatem dachów. No i w końcu trzeba napisać, że była wyśmienitym materiałem oświetleniowym. Na początku stosowano zwykłe kaganki, dopóty nasz Ignacy nie przeprowadził pierwszej destylacji ropy na początku 1853 roku, a chwilę później skonstruował lampę naftową spalającą destylaty, co było początkiem odsyłania starych lamp oliwnych do lamusa. W tym samym roku w lwowskim szpitalu przeprowadzano już nocne operacje przy oświetleniu naftowym, a w 1854 roku w Gorlicach zapłonęła pierwsza na świecie uliczna lampa naftowa. W 1854 roku ruszyła także kopalnia w Bóbrce, a w 1856 roku założono rafinerię w Jaśle. Przemysł petrochemiczny ruszył z kopyta...    

     Zapotrzebowanie na produkty ropopochodne pozwalało na wykształcenie się zawodu maziarza (alias łebaka - od łemkowskiego "łebać" czyli "zbierać"), który nierozłącznie kojarzy się z łemkowską wsią Łosie położonej nad Ropą w Beskidzie Niskim. Większość mężczyzn z tej wsi trudniła się wytwarzaniem i handlem produktami ropopochodnymi. Używali też produktów podestylacyjnych drewna z mielerzy i retort, ale wraz z rozwojem przemysłu naftowego przewagę wzięły produkty z destylacji ropy. Ciekawostką jest fakt, że sekery (specjalne wozy) maziarzy docierały naprawdę daleko poczynając od austro-węgierskiej części Bałkanów, a na krajach bałtyckich i Rosji kończąc, a zawód ten wymarł ostatecznie dopiero w drugiej połowie XX wieku. Ostatni maziarz zakończył wykonywanie zawodu w 1970 r.).

     No ale czy w dalszym ciągu można znaleźć w Beskidach miejsca z naturalnym wypływem ropy naftowej? Pewnie! Może nie znajdują się na każdym winklu, ale wciąż jest kilka miejsc gdzie ropa wraz z gazem ziemnym tworzy samowypływy. Dość znanym miejscem jest ropne źródło w miejscowości Korňa, położonej w słowackiej części Beskidu Śląsko-Morawskiego. Innym ciekawym samowypływem są źródła ropne w Uhercach Mineralnych w Górach Sanocko-Turczańskich. Jeszcze do niedawna istniało naturalne jeziorko ropy naftowej na wschód od szczytu Wierzchowiny koło Siar w Beskidzie Niskim, ale niestety właściciel gruntów (lasy państwowe) spartolił sprawę po całości - jeziorko zniwelował spychem, a wciąż wydobywającą się ropę ujęto w betonowe cembrowiny. Jednak w dalszym ciągu są jeszcze miejsca na terenie Beskidu Niskiego gdzie takie naturalne wypływy wciąż są aktywne.

Piaskowce inoceramowe w Beskidzie Niskim, to "dom" nie tylko dla złóż ropy naftowej.


     Nadszedł czas by nadmienić kilka słów o genezie ropy naftowej. Teorię nieorganiczną potraktuję nieco po macoszemu, bo dużo bardziej sensowna wydaje się teoria organicznego pochodzenia ropy, niemniej istnieją złoża których pochodzenie sugeruje na nieorganiczną genezę. Całość teorii związana jest z kilkoma różnorodnymi procesami magmatyzmu i metamorfizmu:
  • serpentynizacja - w procesie przekształcania oliwinu do serpentynitu powstaje metan
  • geneza wodoru - wodór może powstawać przy wysokotemperaturowej reakcji wody z tlenkiem żelaza lub krzemianami.
  • dekompozycja węglanów - pod wpływem wysokich temperatur i przy obecności wodoru istnieje możliwość rozkładu węglanów z wydzielaniem metanu.
  • polimeryzacja przy udziale spineli - przy obecności minerałów z grupy spineli tj. magnetyt, chromit, ilmenit może dojść do polimeryzacji alkanów.
     Wróćmy do organicznej teorii powstawania ropy naftowej. To niemalże truizm, ale wygląda to tak: Materiał ze szczątków organicznych zostaje pogrążony w osadach i ulega przeobrażeniu biochemicznemu przeważnie w warunkach anoksycznych (działanie destruentów) i geochemicznemu (ciśnienie i temperatura). Przemiany te doprowadzają w końcu do powstania kerogenu - nieco woskowej mieszaniny węglowodorów, tzw. "niedojrzałej ropy".


TYPY KEROGENU

  • TYP I - o stosunku wodór:węgiel  > 1,25. Składa się głównie z alginitu i kerogenu amorficznego pochodzących głównie z glonowej materii organicznej. Ma największy potencjał ropotwórczy.
  • TYP II - o stosunku wodór:węgiel  < 1,25. Składa się przeważnie z eksynitu pochodzącego z pyłków roślinnych, kutykuli roślinnej i żywicy. Ma nieco mniejszy potencjał ropotwórczy niż kerogen typu I .
  • TYP III - o stosunku wodór:węgiel  < 1. Składa się z witrynitu pochodzącego przeważnie materii humusowej z degradacji biologicznej roślin przy większym udziale celulozy, a mniejszym substancji woskowych, żywiczych i lipidowych. Posiada niewielki potencjał ropotwórczy, ale ma potencjał gazotwórczy.
  • TYP IV - o stosunku wodór:węgiel  <0,5. Składa się z inrerstynitu pochodzącego z silnie utlenionej materii organicznej. Nie posiada potencjału ropotwórczego.

     Warto też wspomnieć o środowisku sedymentacji - kerogen typu I i większość kerogenu typu II powstaje w środowisku wodnym, a pozostałe typy kerogenu mają pochodzenie lądowe. Dalsza diageneza kerogenu pod wpływem temperatury i ciśnienia doprowadza do powstania ropy naftowej w skale macierzystej, którą najczęściej są czarne łupki bitumiczne.

     Ropa potrzebuje też "swego miejsca w świecie" dlatego koniecznością do wystąpienia złoża jest obecność skał porowatych - tzw. skał zbiornikowych w kontakcie ze skałą macierzystą. Dobrym "nośnikiem" dla ropy są skały osadowe: piaskowce, zlepieńce i czasem także wapienie, dolomity. Po migracji ropy ze skały macierzystej do skały zbiornikowej zgodnie z gradientem ciśnień tworzy się złoże. Czasami złoże tworzy się nieco niekonwencjonalnie, np. w piaskach bitumicznych, których największe nagromadzenie znajduje się w Kanadzie w stanie Alberta.



Jeden z naturalnych wypływów ropy w paśmie Magury Wątkowskiej.



Ropa wydobywa się wraz z bąbelkami gazu ziemnego.


I płynie dalej tak jak jej każe grawitacja.

W niektórych miejscach ropa separuje się gęstościowo na wodę oraz cięższe i lżejsze frakcje.

     Interesującą kwestią była też ekonomia wydobycia ropy. Szyby i kopanki miały dobrą wydajność w początkowym okresie wydobycia. Jednak wydajność dość rychło spadała i przez dłuższy czas utrzymywała się na stałym, ale niezbyt wysokim poziomie. Nie było to problemem ze względu na tanią siłę roboczą tamtych lat. Cena za litr ropy wynosiła ok 10-15 centów. Płaca za dniówkę majstra wynosiła 60-80 centów. Lecz niżej wykwalifikowani pracownicy otrzymywali circa 50 centów, a nawet koło 30-40 centów. Z prostej kalkulacji wynika, że wystarczyło wydobyć z kopanki nawet dwa litry ropy by pokryć dzienną gażę jednego pracownika. Przy przeciętnych wydajnościach kopanek na poziomie 400-800 litrów/24 h można było łopatami ładować dutki do kufrów...

W okolicy źródła ropy znajdują się zabezpieczone kopanki.

Wędrując po lesie na trzeźwo raczej trudno wpaść do kopanki, ale mimo tego zabezpieczenie to dobra sprawa...



 
Kopanki, są przeważnie zapełźnięte i przysypane, ale w niektórych widać jeszcze drewniane oszalowanie. Większość kopanek pochodzi najprawdopodobniej z wczesnych etapów górnictwa naftowego, tzn. końca XIX wieku.



     W przypadku Karpat historia powstawania ropy naftowej, wpisuje się w ogólny schemat z innych części świata. Organiczne osady z głównych basenów sedymentacyjnych: magurskiego, śląskiego i skolskiego zostały pogrzebane pod  masą innych osadów. Warstwy osadów (szczególnie te z kredy i paleogenu) były przez długi czas zagrzebane głęboko. Obecnie miąższość osadów fliszowych liczona jest w tysiącach metrów, a spąg osadów fliszowych leży na głębokości 5 - 7 kilometrów. Na przełomie oligocenu/miocenu osady te zalegały jeszcze niżej, przez co substancje organiczne zostały poddane działaniu sporego ciśnienia i temperatury (obecnie wg PIG na głębokości "zaledwie" 2 km pod Karpatami panuje temperatura 50°C-65°C). W miocenie całość została sfałdowana i wypiętrzona do stanu dzisiejszego wraz ze świeżo obrobioną ropą naftową.

      Specyfika złóż karpackich jest związana z fałdową budową tutejszych gór. Ropa gromadzi się tu w licznych "pułapkach" jaką tworzą antykliny zbudowane z naprzemiennie ułożonych nieprzepuszczalnych łupków ilastych i przepuszczalnych piaskowców i zlepieńców. Sytuacja wygląda najczęściej tak jak na schemacie:

1. gaz ziemny, 2. ropa naftowa, 3. wody złożowe, 4. piaskowce i zlepieńce, 5. łupki ilaste (w tym bitumiczne).


W pewnych sytuacjach ropa może być też uwięziona w pułapkach wytworzonych przez uskoki. W rejonie karpackim uskoków nie brakuje, ale nie zawsze znajdzie się kompleks łupków ilastych o odpowiedniej miąższości do utworzenia luki dla złoża.

1. gaz ziemny, 2. ropa naftowa, 3. wody złożowe, 4. piaskowce i zlepieńce, 5. łupki ilaste (w tym bitumiczne). 6. uskok.


     W powyższych schematach powtarzającym elementem jest... Woda. Rzecz jasna nie wzięła się tam tak "od czapy" i jej geneza jest związana sąsiadującymi węglowodorami. Poziom wody i ropy naftowej jest rzecz jasna wysortowany przez różnice w gęstości. Sama woda jest zwykle zmineralizowana (przeważnie jest to solanka) i ma najczęściej dwojakie pochodzenie:
  • Reliktowe  - są to najczęściej wody morskie, które zostały odcięte od odbiegu i zostały pogrzebane wraz ze skałą. Są równe wiekowo skałom w których się znajdują,
  • Organogeniczne - pochodzą z odwodnienia kerogenu poprzez separację gęstościową. Powstawały stopniowo, wraz z naturalnym procesem przetwarzania substancji bitumicznych.
     Ropa to jednak konglomerat całej gamy węglowodorów i trzeba ją poddać destylacji, by rozdzielić ją na frakcje użyteczne w motoryzacji (choć nie da się ukryć, że dla takiego silnika średnioprężnego nie ma paliw które nie mógłby przepalić). Biorąc pod lupę czarną maź znajdziemy tam:
  • alkany (15%-50% wagowych) - nasycone węglowodory łańcuchowe. Te od pentanu(C5) do oktanu(C8) rafinowane są do benzyny. Od nonanu(C9) do heksadekanu(C16) trafiają do baku diesli jako olej napędowy lub jako kerozyna do samolotów. Cięższe niż heptadekan (C17) to najczęściej substrat do produkcji olejów silnikowych. Węglowodany w okolicy circa pentakozanu(C25) to parafiny.
  • nafteny (30%-60% wagowych) - czyli cykloalkany. W ropie naftowej najczęściej można znaleźć cyklopentan(C5) i cykloheksan(C6). Czyste nafteny znajdują zastosowanie jako rozpuszczalniki. 
  • węglowodory aromatyczne (3%-30% wagowych) - cykloalkany spełniające warunek aromatyczności, tzn. posiadają zdelokalizowane wiązanie w pierścieniu lub w pierścieniach jeśli są na tyle duże. Najczęściej są to fenole, krezole i naftaleny.
  • asfalteny i żywice (~5% wagowych) - węglowodorowa waga ciężka. Żywice składające się głównie z terpenoidów są nieco lżejsze w tym zestawieniu, a asfalteny to nic innego jak organiczne składniki asfaltu. Te bardzo masywne cząsteczki składają się w z wielu policyklicznych pierścieni, często aromatycznych z heteroatomami siarki lub azotu i zawierają zazwyczaj sporą ilość metali (żelaza, niklu i wanadu).
     Ropa naftowa zawiera też frakcję lotną alkanów - od metanu(C1) do butanu(C4), która najczęściej idzie z dymem podczas rafinacji lub jest przerabiana na LPG, dla tych którzy nie zdołali wyciągnąć sprawnego Passata w dieslu od Mietka z komisu. Z pozostałych, niekoniecznie organicznych związków które można wyróżnić spośród całej chemicznej palety, to przede wszystkim związki siarki (siarczki, siarkowodór), azotu (zasady purynowe) czy wspomniana już wcześniej woda.

Ropa z rejonu gorlickiego - intensywnie czarna i nieklarowna a  także bardzo wonna.


         Posłowie...

     Cóż... Od połowy XIX wieku trochę już minęło, a na ulicach szejków w ferrari jak nie było, tak nie ma. Przemysł naftowy miał swoje złote chwile na przełomie XIX/XX wieku, a później było już tylko gorzej. Istotnym czynnikiem była sytuacja geopolityczna i zawieruchy wojenne, a także fakt wyczerpania części złóż w latach 50-tych XX wieku. Niemniej nie wszystkie złoża zostały wyczerpane i w wielu miejscach w Karpatach wciąż sterczą wiertnie, a kiwony wciąż bujają się na łąkach. Tak jak np. w kopalni w Krygu koło Gorlic.

Krygowskie kiwony dalej śmigają wypompowując ropę z utworów paleogenu.

I choć nic nie wskazuje na to, by wydobycie się zwiększyło, ale z pewnością to jeszcze nie koniec.

     Za sprawą takiego spokojnego spaceru po chaszczach, dotarliśmy do zjawiska geologicznego, za sprawą którego powstała cała lawina zdarzeń, która w zasadzie ukształtowała cały dzisiejszy świat w takiej formie jaką znamy obecnie. Bo przecież cywilizacja miała by dużo bardziej pod górkę bez motoryzacji, lotnictwa czy bez polimerów ropopochodnych obecnych na każdym kroku naszego życia. I pomyśleć, że kiedyś wszystko to zaczęło się od jakiegoś gościa nabierającego warząchwią czarną jak wůngiel ropę do dzbana z naturalnego źródła, gdzieś w bukowych ostępach Beskidu Niskiego.

poniedziałek, 3 lipca 2017

NOTA O OKRZEMKACH



       Przedsłowie...

Dzień jak co dzień w wozie strażackim... Szumi zakorkowana obwodnica za szybą. Gołębie znów rutynowo zasrały maskę. Zgłoszeń już pewnie nie będzie. Wtem znudzony służbą pan Heniu słyszy głos w radioodbiorniku:

    -Panie ogniomistrzu mamy plamę!  Odbiór.
    -No to co? Zasypać prochem! Kto poplamił? Znów jakiś golf po wieśtuningu zaparkował na środku ronda? Odbiór.
    -W mordę jeża anatolijskiego, wielka cysterna z ropą panie ogniomistrzu zaparkowała przymusowo pod wiaduktem. Zabrakło z 5 cm prześwitu, a kierowca ma tyle promili ile centymetrów zabrakło.  Odbiór.
    -To sowicie sypać! Ale żwawo! Nie żałować jak cukru dla gości! W mordę jeża! Jakiegokolwiek jeża! Ruchy, ruchy! Już do was jedziemy! Bez odbioru... Kurna!

Cóż wspólnego z geologią, może mieć ciężki dzień u strażaków? Odpowiedź jak zwykle jest prosta, ale by ją owinąć w coś innego niż bawełnę, udam się na malownicze tereny Pogórza Przemyskiego. Gdzie pośród lesistych wzgórz znajdują się złoża dość interesującej kopaliny.


       Śródsłowie...


Rejon który nas interesuje leży w synklinie Leszczawki, w obrębie której występują warstwy krośnieńskie z płaszczowiny skolskiej budującej w zasadzie całe Pogórze Przemyskie. W górnej części warstw krośnieńskich znajduje się poziom diatomitowy wydatowany na dolny miocen. Pas ten ciągnie się lekko wygiętym ku północy łukiem, o długości ok 17 km. na linii Kuźmina - Jawornik Ruski - Dynów.

Diatomit jest jedną z kilku rodzajów skał krzemionkowych znanych z terenu Karpat, składającą się z gęsto upakowanych szkielecików okrzemek zespojonych materiałem ilastym. Szkieleciki zbudowane są z opalu czyli uwodnionej krzemionki (SiO2·nH2O). Szkieleciki tworzą sieć kapilar i pustych przestrzeni. Co sprawia, że diatomity są skałami o dość niskiej gęstości i posiadają ciekawe właściwości fizyczne które opiszemy tu później i udowodnimy je empirycznie.

Diatomit jest bliskim krewnym ziemi okrzemkowej i różni się od niej głównie stopniem diagenezy. Mianowicie ziemia okrzemkowa jest skałą luźną, a diatomit jest zwięzły. Po drodze do miejsca docelowego mijam jedyną czynną kopalnie odkrywkową tego surowca w Jaworniku Ruskim. Szacowane zasoby tego surowca w tym rejonie ocenione są na 0,64 mln ton, a suma polskich złóż diatomitu szacuje się na 10,02 mln ton. Przy czym większość zindeksowanych złóż znajduje się właśnie w okolicy synkliny Leszczawki (stan na 31.01.2016 r.). Eksploatacja w Jaworniku Ruskim nie jest wielkoskalowa. Wydobycie w 2016 roku wynosiło około 500 ton diatomitu.

Poziomy diatomitowe znajdują się jeszcze na Pogórzu Dynowskim na linii Błażowa - Piątkowa - Harta - Bachórz i Dydnia - Krzywe, oraz w rejonie Godowej. Niemniej tamtejsze złoża nie zostały poddane szacowaniu ilościowemu.

Kopalnia i zakład przetwórstwa diatomitu. W tle najwyższy szczyt Pogórza Dynowskiego - Sucha Góra.

No, ale to nie cel dzisiejszego wyjazdu. Jedziemy jeszcze parę kilometrów dalej na południowy wschód od Jawornika Ruskiego, na Przełęcz Kuźmińską, gdzie znajduje się zapuszczony kamieniołom. Do 2001 roku tu także prowadzono eksploatację diatomitu. Teren jest otwarty i tylko czeka na odwiedziny amatorów ciekawostek geologicznych. W zasadzie całe odsłonięcie w kamieniołomie składa się z diatomitów i łupków diatomitowych, a w bardzo niewielkich ilościach rogowców i piaskowców kliwskich. Diatomity mają kolor beżowy, czasem kremowy i wietrzeją na piękny rudy kolor (tak, rude może być piękne i nie wredne).

Tak obecnie wygląda niecka kamieniołomu.
Wertykalnie ułożone warstwy diatomitu, przeławicowane
wkładkami łupków diatomtowych.
Wietrzejąca na rudo powierzchnia diatomitu.
Diatomity są bardzo kruche. i łatwo tworzą piarżyska.
...Wszechobecne piarżyska.
"Znakomicie w tym diatomicie" - stwierdziła żyworódka.
Cały układ warstw diatomitów ma ciekawy przebieg. Wschodnia część, położona bliżej drogi schodzącej na dno kamieniołomu zawiera warstwy ułożone wertykalnie, ale regularne. Wszystko jest poukładane schematycznie, panuje "niemiecki ordnung". Natomiast zachodnia część wygląda jak Ulryk von Jungingen po bitwie pod Grunwaldem. Rzuca się w oczy chaotyczny układ warstw bez ładu i składu, który jest pokłosiem niczego innego jak... Olistostromy, czyli podmorskiego spływu osuwiskowego. W tym wypadku dość niewielkiego, o olistostromach powiem co nieco w innym wpisie, ale pora wyjaśnić dlaczego diatomit jest dość interesujący.

Skład diatomitu sprawia, że ma interesujące cechy fizyczne. Jak już wcześniej wspomniałem, sieć pancerzyków okrzemek sprawia, że materiał jest bardzo porowaty i przez co lekki. Gęstość diatomitów z Leszczawki waha się pomiędzy 1,09 a 1,7 g/cm³. Od razu można zauważyć, że niektóre diatomity nie są dużo bardziej gęstsze od... Wody! Dla porównania gęstość bazaltu oscyluje koło 3 g/cm³, a granitu wynosi circa 2,6 g/cm³. Taka struktura skały sprawia, że diatomit jest bardzo chłonny, co postanowiłem przedstawić na prostym eksperymencie.

Odłamek diatomitu zważyłem na wadze laboratoryjnej dwa razy: na sucho i po kwadransie zanurzenia oksydanie. Po czym obliczyłem objętość odłamka na zasadzie pomiaru objętości wypartej wody, co pozwoli nam pokazać relacje objętościowe.

Na sucho diatomit waży 163,15 gramów.

Lecz po chwili ląduje w kąpieli.


I po kwadransie pluskania się w wodzie tyje do 206,3 grama.


Z powyższych pomiarów wynika, że odłamek wchłonął 43,15 grama wody tj. 43,15 ml. Objętość odłamka została wyznaczona na 117,35 ml co daje nam gęstość na sucho 1,39 g/cm³. W prosty sposób doszliśmy do tego, że kawałek diatomitu wchłonął 36,7% swojej objętości. Stosunek wagowy ujawnił, że bryłka zwiększyła swoją początkową masę o 26,4%. Nieźle, jak na coś co jest litą skałą, a nie super chłonną gąbką z Rossmanna. Właściwości pochłaniające zadecydowały o tym, że diatomit jest surowcem który wykorzystuje się jako świetna baza do sorbentów. Oczywiście właściwości chłonne diatomitu polepsza się jeszcze poprzez mielenie i kalcynacje - prażenie w piecu w celu dokładniejszego usunięcia wody.


     Posłowie...


No ale gdzie wspomniany związek ze strażą pożarna? Czasem na stacjach benzynowych przy dystrybutorach i na jezdniach, przeważnie w miejscach wypadków widuje się rudawą zasypkę. Jest to nic innego jak sorbent który wytwarza się z rzecz jasna diatomitu lub celulozy. Diatomit stosuje się także jako nośnik środków ochrony roślin, filtrator (nawet w przy produkcji klarownych, złociutkich lagerów z waszej lodówki), czy też popularny stabilizator nitrogliceryny - dzięki czemu budownictwo zrobiło naprawdę wielki krok do przodu, a inżynierowie na całym świecie odnoszą niemożebną satysfakcję z pracy, gdy najzwyczajniej w świecie puszczają petardy robiące naprawdę porządne "jeb!" (dzięki Alfred!).

Siedzieć w kamieniołomie mógłbym długo, ale pora wracać, bo do domu jest dalej niż zwykle. Tradycyjnie dociążam się okazami z miejscówki. Mam pewien sentyment do rejonu w którym znajduje się kamieniołom. Pogórze Przemyskie i sąsiednie Góry Sanocko-Turczańskie, są nie mniej dzikie niż Beskid Niski czy Bieszczady. Mówię tu oczywiście o dzikości na miarę Europy Środkowej, a nie ostępów z Alaski. Niemniej warto tu przyjechać na bardzo urzekający i nasycony sielskością "dziki wschód".

Cerkiew w Kotowie powoli wstaje z ruin.
W drodze przez Masyw Piaskowej i Pasmo Kruszelnicy, rozkoszuje się mieleniem błota na oponach które są tylko kompromisem pomiędzy gumą w teren, a gumą na szosę. Szlak poprowadzony jest fantazyjnie pośrodku "niczego", na pewnym odcinku bez jakiejkolwiek ścieżki, tak po prostu przez las. Przy czym o dziwo znaki są wymalowane dość porządnie i są raczej relatywnie świeże. Niemniej trudno się zgubić trzymając azymut, a do Dynowa dotrę bez opóźnień w sam raz przed potężnym frontem burzowym z zachodu.

środa, 19 kwietnia 2017

PONIEDZIAŁEK ULTRAMAFICZNY



         Przedsłowie...


Środek jasnej, księżycowej nocy. Święty spokój przy drzwiach kamienicy w Weronie zaczyna zakłócać mężczyzna, który nie bardzo może sobie poradzić z wyzwaniem jakim jest trafienie kluczem do dziurki. Warunki świetlne i położenie zamka nie tworzą optymalnego feng-shui dla owego młodzieńca. Wtem, zaciekłą batalię z własną zręcznością przerywa skrzypienie drzwi wejściowych w których pojawia się kobieta z miną wnerwionego Uruk-Hai i wywiązuje się klasyczny dialog:

  Julia: Znowu piłeś!
  Romeo: Ciiii! Nie piłem.
  Julia: Piłeś !
  Romeo: Kochanie mówię ci, sze nie piłem.
  Julia: Przecież czuję że piłeś!
  Romeo: Powtarzam ci, sze nie piłem.
  Julia: To powiedz "hornblendyt apatytowy".
  Romeo: Hornbleby... Holnbeby... Honblenb... Dobra, dobra! Przepraszam kochanie, piłem.

Od razu od sucharków przejdę do rodzynków. Bo niewątpliwie takim rodzynkiem jest właśnie wspomniana wyżej skała - hornblendyt apatytowy. Jej jedyna wychodnia na terenie Polski znajduje się w jednym z zakątków w Górach Sowich i to dość oryginalnym zakątku, bo by się w nim znaleźć  będziemy musieli dać nura pod most.


         Śródsłowie...


     Zanim zjawiam się pod owym mostem, muszę przebyć długą podróż z Kotliny Sądeckiej do Wrocławia. Tiry mknące 80,5 km/h podczas wyprzedzania innych tirów jadących 80 km/h nie ułatwiają zadania, ale udaje się sprawnie dostać do Wrocławia na poniedziałkowy poranek. Stamtąd wraz z Arturem wyjeżdżamy jedziemy do Bystrzycy Górnej, gdzie ledwo po przekroczeniu sudeckiego uskoku brzeżnego parkujemy auto przy cokole starego mostu. 

Cała lokalizacja znajduje się w przekopie linii kolejowej nr 285. Na dość krótkim odcinku odsłania się kilka rodzajów skał: gnejsy, granulity, perydotyty, ale ta najbardziej interesująca - hornblendyt apatytowy znajduje się pod zachodnimi filarami mostu drogowego. Rozglądać się można spokojnie. Linia w chwili obecnej jest zawieszona w użytkowaniu i raczej żaden pociąg was tu nie zaskoczy. Jedyne co może się okazjonalnie pojawić, to miłośnicy drezyn którzy i tak będą bardziej zdziwieni od was, widząc gości zbierających gruz ze skarpy tak jakby byli na borówkach.

Na starych torach... Ruch pieszy już dawno przewyższył tu ruch kolejowy.



Tak wygląda rzeczona miejscówka.




Po lewej, wschodniej stronie wyłaniają się gnejsy, a po zachodniej, prawej...

...Nasz hornblendyt apatytowy.
     Sama wychodnia to niepozorny blok o skromnych wymiarach circa 1,5 x 5 metrów od frontu. Całość posiada charakterystyczne pstre zabarwienie związane z obecnością rozłożonych związków fosforu koloru żółtego pochodzących z mineralizacji apatytowej i czarnej jeszcze nie zwietrzałej do końca hornblendy. Skale nie służą warunki atmosferyczne i jest bardzo podatna na wietrzenie. Całość pokryta jest zwietrzeliną o nieco ziemistej strukturze kruchej jak wafle Kuku-Ruku, więc od razu zaznaczam, że można sobie śmiało odpuścić odwalanie okazów bezpośrednio z odsłonięcia, bo i tak to co najlepsze leży już odłupane specjalnie dla nas w rumoszu poniżej.
Wychodnia jest mocno zwietrzała, tylko gdzieniegdzie przebija się czerń hornblendy.

Więcej tu postproduktów wietrzenia niż litej skały.




Ale jest bardzo pstrokato i kolorowo.
     No i pora na bezpośrednie przedstawienie bohatera dzisiejszego odcinka. Hornblendyt apatytowy jest skałą magmową ultramaficzną, czyli składającą w zasadzie z samych minerałów melanokratycznych (ciemnych) i poprzez spory niedomiar krzemionki w stosunku do wodorotlenków metali jest skałą ultrazasadową. Co do bezpośrednich składowych to po samej nazwie wiemy z czym mamy do czynienie, ale pokrótce wygląda to tak:

Hornblenda - minerał należy do bardzo różnorodnej grupy amfiboli. Czarne, połyskujące kryształy są przeważnie drobne i równej wielkości, ale zdarzają się często większe, dość duże - kilkucentymetrowe, nie wspominając o tym że literatura wymienia nawet takie kilkunastocentymetrowe. Kryształy hornblendy będą stanowiły przynajmniej 90% składu naszych okazów. Wzór generalny przestawia się następująco: (Ca,Na)2–3(Mg,Fe,Al)5(Al,Si)8O22(OH,F)2, a jej twardość w skali Mohsa plasuje się na 5-6. Nazwa wywodzi się z niemieckich słów horn i blenden co odpowiada kolejno "róg" i "lśniący".

Apatyt - minerał z grupy fosforanów. Zielone kryształy apatytu będą rozproszone, lub będą stanowić ziarniste kilkucentymetrowe skupienia. Wzór generalny przedstawia się następująco: Ca5[(F,Cl,OH)(PO4)3]. Twardość w skali Mohsa wynosi 5. Nazwa wywodzi się z greckiego słowa apato, co oznacza "zwodzić", jako że minerał często bywa mylony z innymi. Jest to dość pospolity minerał, jednak w naszym hornblendycie apatytowym jego nagromadzenia są całkiem spore.

Skałą może podrzędnie zawierać także minerał z grupy łyszczyków - biotyt, ale głównie napotkamy tam minerały wymienione powyżej. Z czego najbardziej rzucą się w oczy błyszczące powierzchnie łupliwości dużych kryształów hornblendy. Kryształy są w zasadzie tak duże, że w literaturze można nawet spotkać określenie pegmatyt hornblendytowy. Pozycję hornblendytu apatytowego względem innych skał można przedstawić na tzw. diagramie QAPF. Diagram, a raczej diagramy te stosuje się dla graficznego przedstawienia składu skał. Nazwa to skrót od: Q - kwarc, A - alkaliczne skalenie, P - plagioklazy, F - foidy (skalenoidy). Klasyczny diagram ma postać dwóch trójkątów QAP i APF, gdzie każde naroże odpowiada 100% ilości danego składnika.

Dla skał ultramaficznych stosuje się specjalny, niestandardowy diagram QAPF który przedstawiam poniżej:

QAPF korelujący hornblendyt apatytowy z resztą ultramafitów. Liczby opisują wartości procentowe.

Legenda: Px - Pirokseny, Hb - Hornblenda, Ol - Oliwiny. 1 - Hornblendyt (niekoniecznie apatytowy), 2 - Piroksenit, 3 - Perydotyt, 4 - Dunit.

Nasz hornblendyt apatytowy pod kątem składu jest dość monomineralny i  na powyższym diagramie należało by go umieścić w okolicach prawego dolnego rogu.

Po wstępnej selekcji trzeba jeszcze zrobić ostateczny odsiew okazów przed wrzuceniem do wora.
Niemieccy geolodzy nie mogli lepiej określić tej skały. Błyszczy się tak że pewnie sroki to zbierają.


Wracając do przymiotnika w nazwie skały, to mamy tu ładny przykład mineralizacji apatytowej. Zielone kryształy apatytu widoczne są po lewej stronie jako zielone skupienie, wyraźnie odcinające się od czerni hornblendy.
Czasami rozejdą się w całkiem ładną rozetkę.
     Pewną zagwozdką jest wiek skały, który jest wciąż tematem dyskusji. Podawane są różne propozycje, łącznie z tym, że skałę datuje się na prawdziwego "pradziadka" z najstarszą wyceną na ok. 1,2 lub nawet 1,3 mld lat (mezoproterozoik). Tylko, że to takie "i" bez kropki, a kropkę zaraz postaramy się psotawić. Teoria datująca blok sowiogórski na górny proterozoik była w zasadzie długo uznawana za pewnik, dopóty nie przeprowadzono kolejnych badań w latach (Żelaźniewicz - 1987, 1990, 1995). Stało się jasne, że większość metamorfizmu w bloku sowiogórskim miała miejsce w dolnym dewonie ~400 mln lat temu, po czym blok sowiogórski został "gwałtownie" wydźwignięty ze strefy metamorfizmu mniej więcej ~370-360 mln lat temu w górnym dewonie. Warto zaznaczyć, że blok powstał, podległ metamorfizacji i został wydźwignięty cały, a nie "na raty 50 x 0%", więc mamy tu pewną drobną niezgodność względem starego datowania .

Po rozwiązane tego problemu trzeba sięgnąć do sposobu oznaczania wieku skał. Najczęściej stosuje datowanie radiometryczne metodą potasowo-argonową (K-Ar). Analizowany jest stopień rozpadu promieniotwórczego 40K do stabilnego 40Ar. Okres połowicznego rozpadu 40K jest znany (wynosi ok. 1,26 miliarda lat) i rozpoczyna się od powstania badanego minerału. Mierząc ilość argonu uwięzionego w  minerałach w stosunku do pozostałego 40K,  możemy łatwo wyliczyć wiek powstania minerału. Poza metodą K-Ar stosuje się jeszcze metody na bazie przemian U-Pb i Rb-Sr. Dobrym materiałem do badań są cyrkony, które i tym razem posłużyły do datowania skały. Tutaj dochodzimy do sedna, ponieważ, cyrkony są prawdziwymi rambo pośród minerałów. Z powodzeniem przetrwają wszelkie procesy erozyjne w atmosferze, a i niekiedy metamorfizacja nie jest im straszna. W związku z tym bardzo stare cyrkony mogą trafić wtórnie do skał młodszych, co stało się najprawdopodobniej i w naszym przypadku. Cyrkony z resztą są najstarszymi znanymi minerałami znalezionymi na ziemi. Niektóre australijskie okazy wydatowano na hadeik, czyli no, no całkiem dawno.

Różnorodność wieku cyrkonów świadczy o tym, że metamorfizmowi w dewonie poddane zostały skały z różnych okresów. W obecnej masie skalnej obecnych jest kilka pul cyrkonów z różnych okresów. W związku z czym na mezoproterozoik można śmiało datować protolit hornblendytu apatytowego, ale nie sam hornblendyt apatytowy. Tak samo jak piaskowce w Karpatach nie datujemy na podstawie wieku skały z której powstał piach poddany później diagenezie. To by było na tyle jeśli chodzi o mit na temat prekambryjskiego wieku naszej skały. Czas może pokaże nowe dowody, ale w cieniu obecnych skała nie jest aż tak stara jak twierdzono dotychczas.


         Posłowie...

     Badając niezliczone odmiany skał z terenu Polski w końcu trafiliśmy na prawdziwego białego kruka (czarnego jak wůngel czy tam inszy szungit), żeby nie powiedzieć kruczka - ze względu na niewielkie rozmiary wychodni. Wszystko można oglądać w zasadzie przez szczęście i to za przyczynkiem antropogenicznym, bo gdyby w 1904 r. nie wykonano tutaj przekopu pod kolej bystrzycką, to zapewne hornblendyt apatytowy mógłby się prędko nie doczekać odsłonięcia. Poza bardzo ładnymi kryształami hornblendy i apatytu, możemy w ręku trzymać kawał geologicznej historii jako, że materia którą ściśniemy w garści przeszła długą drogę transformacji od proterozoiku do dewonu, mierzoną już nie w milionach a miliardach lat.

sobota, 4 marca 2017

SPISKA HYDROZAGADKA


         Przedsłowie...

Wiertnia... Praca wre, głowica antyerupcynjna telepie się i klekocze niczym FSC Żuk mknący na pełnym gazie po gminnej drodze w Beskidzie Niskim. Do machającego obiema rękami gościa w garniaku z paniką na twarzy, podchodzi umorusany kierownik zmiany i poprzez falujący gąszcz wąsów wypluwa raport, a raczej wykrzykuje go by przebić się przez wszechogarniający klekot:

"Panie Andrzeju! Lada chwila i się dowiercimy! Co? Plany? Jakie plany? Jestem specjalistą, znam te skały na  pamięć,  nie trzeba było lukać w dokumentację! Hałas? Spokojnie! To zawsze się tak telepie. Bez obaw, będzie pan zadowolony..."

- wiertniczy Heniu - ostatnie słowa.    

     Dziś będziemy się przewiercać przez temat hydrogeologii... Niewiele jest rejonów na naszej planecie z tak spektakularnym przejawem procesów hydrotermalnych jakim są gejzery. Islandia, Kamczatka, Yellowstone... A może jeszcze do wyliczanki przypisać Spisz? W pewnym stopniu moglibyśmy się podpiąć do listy, bo obiekt z dzisiejszego odcinka formą bezpośrednio nawiązuje do wspomnianych terenów, ale genezą i mechaniką działania już nie. Rozmachem...No też już w zasadzie nie, no ale przejdźmy do szczegółów. Po rozwiązanie problemu pojadę na wschodni kant Spisza, gdzie w cieniu potężnej sylwetki Spiskiego Hradu znajduje się... Zimny gejzer.

     Na miejsce i tym razem mam zamiar dotoczyć się na rowerze. Dobrze się złożyło, że tego samego dnia jechał w Tatry znajomy z Jasła i zgarnął mnie z rowerem po drodze. Start przesunął się do Wyżnych Hagów, co urywa 50 kilometrów z drogi dojazdowej na miejsce docelowe.

Słońce świeci jeszcze nisko, ale trzeba żwawo kręcić do Kotliny Hornadzkiej. Śniadanie wcinam na łące w miłym towarzystwie myszołowa. Nie jestem wegetarianinem, więc wybieramy podobne menu :)



Droga wiedzie opłotkami. Czasami przejadę przez kamienny mostek, ale ten w Dravcach jest nieco inny niż pozostałe. Ostry, gotycki łuk zdradza na wstępie, że jest leciwy. Bardzo, bardzo leciwy bo zbudowano go w 1297 r. i służy do dziś.


 


       Śródsłowie...


     Jeszcze po drodze do szczegółów nakreślimy opis miejsca akcji. Tutaj znów pojawi się trawertyn i to występujący "stadnie" całymi kopami. Sivá Brada to jedna z siedmiu (wspaniałych) trawertynowych kop tworzących dość zwarty kompleks we wschodniej części Kotliny Hornadzkiej. Najstarsze, już nieaktywne trawertynowe kopuły znajdują się we wschodniej części: Sobotisko, Ostrá hora, Spišský Hradný Vrch i Dreveník. Natomiast najmłodsze kopuły: Pažica, Kamenec które są już w zasadzie na wykończeniu swojej aktywności oraz najbardziej interesująca ze wszystkich i najbardziej aktywna kopa Sivá Brada, leżą ciut dalej na zachód, po drugiej, orograficznie prawej stronie potoku Margecianka.

W XVII na kopach powstała sporych rozmiarów kalwaria. Ta barokowa kaplica wieńczy Sivą Bradę, reszta zdobi Pažicę i wiedzie wprost do katedry w Spiskiej Kapitule.


     Kopy leżą bezpośrednio na utworach fliszu podhalańskiego (paleogen-dolny neogen) i są od tych osadów dużo młodsze. Podstawy najstarszych kop datowane są na górny pliocen (mniej więcej 3 mln lat temu), ale większość utworów pochodzi z interglacjałów plejstocenu. Sivá Brada, to już w ogóle twór niemal współczesny, który zaczął narastać końcem plejstocenu. Tzn. wiek najstarszych warstw w tej kopie, to zaledwie ok. 12 000 lat, czyli w geologicznej skali czasu "przed sekundą". W dodatku, ta trawertynowa bania, tak jak dług publiczny - ciągle rośnie, a świeży trawertyn bieli się przy wciąż aktywnych źródłach na wszystkich stokach kopy. Cały proces nieco nabrał tempa w latach 50-tych XX wieku.

     W 1957 r. zabrano się do wykonania odwiertu nr B-2 który miał dostarczać wodę mineralną do kompleksu uzdrowiskowego w Baldovcach. Dowiercono się do głębokości 135 metrów ale na poziomie 112,5 metrów sprawa zaczęła się nieco komplikować. Woda zalegająca na tych głębokościach wytrysnęła pod dużym ciśnieniem. Początkowo erupcje były dość gwałtowne i regularne. Woda była wyrzucana na kilkanaście metrów trzy razy na dobę. Z czasem zjawisko straciło na intensywności i dziś ten zimny gejzer - bo tak w zasadzie określa się to zjawisko, to w zasadzie namiastka atrakcji sprzed pół wieku. Woda wydobywa się w burzliwie, ale bez interwałów i tylko z rzadka się "zakrztusi" tryskając spienionym pióropuszem na circa pół metra. Warto się jednak przyjrzeć mechanizmowi napędzającemu tego typu geo-maszynerię, bo motorem wprawiającym wszystko w ruch nie jest temperatura tylko CO2. Gaz pochodzi z głębszych warstw litosfery i dostaje się na powierzchnię skomplikowaną siecią uskoków. Sam flisz podhalański ma miąższość do 4 kilometrów. Niżej znajduje się strefa styku dwóch mezozoicznych jednostek gemericum i hronicum o też nie małej miąższości przez którą musi przedostać się CO2 poprzez sieć uskoków (gaz ten najprawdopodobniej pochodzi ze strefy subdukcyjnej pod orogenem Karpat). A gdy droga się skończy zaczyna się przedstawienie:


1.Etap pierwszy - infuzja. Warstwa wodonośna zimnego gejzeru, z racji swego głębokiego położenia posiada spore ciśnienie hydrostatyczne. Nie zalega też na tyle głęboko, by była bardzo gorąca. Jak wiadomo rozpuszczalność gazów w cieczach wzrasta, wraz ze wzrostem ciśnienia parcjalnego i spadkiem temperatury cieczy. Przez co woda ta, łatwo nasyca się dwutlenkiem węgla z głębszych warstw.

2.Etap drugi - akumulacja. Wody zasilające gejzer nasycają się coraz bardziej. W stosunku do ciśnienia panującego na powierzchni jest to roztwór mocno przesycony. Im bardziej warstwy nasycone zbliżają się do powierzchni, tym bardziej ciśnienie hydrostatyczne spada w dół (na każde 10 metrów słupa wody jest to spadek o 1 atmosferę).

3.Etap trzeci - erupcja. Kiedy ciśnienie hydrostatyczne spadnie na tyle, że rozpuszczony CO2 zacznie się ulatniać z roztworu, uzyskamy sytuację podobną do szybko otwartej butelki gazowanej mineralki. Następuje raptowna amplifikacja tego procesu. Powstające bąbelki gazu unosząc się ku górze stają się coraz większe, przez co wypychają wodę znajdującą się kanale odwiertu. Ubytek wody u góry sprawia, że ciśnienie hydrostatyczne spada jeszcze bardziej, co uwalnia jeszcze więcej bąbelków w coraz to niższych warstwach. Spieniona woda zapiernicza już porządnie ku górze, a na powierzchni wzbija się pióropusz wody, obserwatorzy biją brawo, błyskają flesze, damy mdleją z wrażenia...

Zimny gejzer... No dobra, raczej zimne gejzerątko.
Z dawnego wodnego pióropusza o wysokości 15 metrów zrobiło się 15 centymetrów.

Ale czasem psiknie sobie nieco żwawiej i wyżej...

     Wydobywająca się woda jak na "standardy" gejzeru ma niezbyt dużą temperaturę wynoszącą 11°C i jest mocno zmineralizowana. Mineralizacja 8,45 g/l  to naprawdę sporo biorąc pod uwagę fakt, że dobrze zmineralizowane wody butelkowane mają mineralizację przeważnie ok. 1,5-2,5 g/l. Źródła naturalne w dolinie Popradu mają mineralizację na poziomie 4,0 - 5,0 g/l (czasem jednak dużo mniejszą). Tak czy owak ze źródeł mineralnych w Beskidzie Sądeckim mogą się wytrącać i zresztą wytrącają się martwice wapienne. Porównując tą mineralizację do mineralizacji z naszego zimnego gejzeru, możemy sobie uzmysłowić dlaczego kopa trawertynowa urosła tak szybko na wysokość 25 metrów ponad pierwotny teren. Mechanizmu tworzenia się trawertynu nie będę tu przytaczał, bo już zrobiłem to przy okazji innego artykułu, o czym można poczytać tutaj.

     Sam zimny gejzer to nie jedyna aktywność na tej kopie trawertynowej. Na niemal wszystkich stokach znajdują się źródła z których wydobywa się gazowana woda nasycona węglanami, siarczanami i siarczkami (te ostatnie z resztą czuć wyraźnie przy niektórych źródełkach). Kopy trawertynowe, to także świetne "archiwa" flory i fauny, która zostaje spetryfikowana szybko tworzącym się węglanem wapnia. Wliczyć w to należy także okazy plioceńskiej i plejstoceńskiej megafauny, która często padała ofiarą uduszenia CO2 wydobywającym się ze źródeł i zalegającym w nieckach terenu przy bezwietrznej pogodzie.

Jedno z wciąż aktywnych źródeł na południowym stoku kopy.
Na zachodnich stokach też nie próżnują i akumulacja węglanów trwa w najlepsze.

A na południowych... Traweryn piss, spiski analog brukselskiego Mannekena.
Woda ze źródeł rozlewa się po stokach kopy tworząc interesującą sieć strumyczków, niczym system naczyniowy żywego organizmu.

Utwory martwicowe. Jak sama nazwa wskazuje, tworzą zgoła pustynną powierzchnię bez śladów życia...


Ale gdzieniegdzie da się znaleźć jakąś niewielka oazę na tej białej pustyni...
Czasami pokrywy tworzącego się trawertynu tworzą "mikro pola ryżowe". Z biegiem czasu, dalsze wytrącanie się trawertynu spowoduje zupełne wypełnienie się mis.

Przy hipnotyzującym plumkaniu wody mógłbym siedzieć jeszcze długo, ale czas nagli, a w planie mam jeszcze pobieżne oględziny pozostałych kop trawertynowych w okolicy. Do domu też trochę zostało, bo po drodze trzeba się przebić przez góry do Doliny Torysy i później do Doliny Popradu.
Odhaczając kolejne metry deniwelacji żegnam się z trawertynowymi kopami. Od lewej: Dreveník, Ostrá hora, Spišský Hradný Vrch. Plan wcześniej przed Dreveníkiem, złapał się jeszcze zachodni rąbek Sobotiska.


Ciąg dalszy drogi powrotnej. Brezovica - rodowe gniazdo Berzeviczych (tych samych z zamku w Niedzicy). Światło mam ładne, ale niedługo zgaśnie bo pod rosłą kopą Simin, zmrok przyjdzie wcześniej i trzeba będzie się zamienić w "choinkę" odpalając oświetlenie.

W ten oto sposób zakreśliłem spory łuk objeżdżając od południa i wschodu Lewockie Wierchy. Takie cyferki  pojawiły się  tamtego dnia na końcu trasy... Jako, że nie trenuję regularnie to chodziłem potem jak kowboj po rodeo. 

         Posłowie...

     Zimny gejzer Siva Brada to nie jedyny tego typu obiekt w Europie, ba! To nie jedyny tego typu obiekt w Karpatach. O wiele lepszą prezencję podczas erupcji ma gejzer w Herľanach położonych u stóp Makovicy w Górach Tokajsko-Slańskich. Jest jednak położony w mniej naturalnym otoczeniu i w parku w środku miejscowości, z kamiennym ocembrowaniem wokół miejsca wyrzutu wody. Z przykładów na świecie należy wymienić niemieckie zimne gejzery z Gór Eifel. W tym najefektowniejszy tego typu obiekt na Ziemi - gejzer Namedyer Sprudel w Andernach niedaleko Koblencji oraz gejzer Brubbel w Wallenborn mniej więcej pomiędzy Trewirem a Koblencją. W Ameryce Północnej znajdziemy Crystal Geyser niedaleko Green River w USA oraz Soda Springs Geyser w mieście... No jakże by inaczej: Soda Springs, także w USA. Na sam koniec wyliczanki dorzucę jeszcze Mokena Geyser na Wyspie Północnej w Nowej Zelandii.

     To by było na tyle z listy najbardziej znamiennych zimnych gejzerów. Zjawisko to jest we wszystkich wymienionych przypadkach przyczynkiem działalności antropogenicznej, jednak powstałym w miejscach naturalnych, ale nie gwałtownych wypływów wody mocno zmineralizowanej i mocno saturowanej CO2. Jest to także interesujący przykład wpływu tektoniki i post-wulkanizmu na typ wód w takich rejonach, a tworzące się przy tym wychodnie trawertynu, to wraz z ewaporatami najszybciej tworzące się skały osadowe na naszej planecie.